We wtorek 13 września br., o godz. 11:00 Fundacja Inicjatyw Kulturalnych oraz Miejska Biblioteka Publiczna zorganizowały spotkanie pod hasłem "Kraj egzotyczny ale bliski".
Gościem spotkania był Ojciec Andrzej Zbroja, franciszkanin, radomszczanin, który opowiadał o zwyczajach, kulturze obrzędach oraz swojej misji w Boliwii.
Jak to się stało, że zdecydował się Ojciec zostać franciszkaninem?
To wie chyba tylko jeden Pan Bóg. Byłem ministrantem w Klasztorze przez 11 lat. Pewnego dnia ojciec katecheta wysłał mnie na rekolekcję do Krakowa. Pojechałem i się wystraszyłem, kiedy dowiedziałem się, że są to rekolekcje powołaniowe. Chciałem uciekać, ale na szczęście spotkałem jednego dobrego znajomego z Radomska i zdecydowałem się zostać. Podczas tych rekolekcji zaczęło się coś rodzić. Byłem wtedy w 3 klasie technikum. Kiedy zdawałem maturę byłem już przekonany, że mam powołanie zakonne. Rekolekcje te były przełomowe w moim życiu.
Rekolekcjonista przygotowywał je z przeróżnymi znakami. W pewnym momencie wchodzą klerycy. Jeden ze świeczką, drugi z pochodnią płonącą. Rekolekcjonista powiedział wtedy do mnie: możesz żyć jak ta świeczka, wtedy będziesz żył dłużej, ale dawał mały płomień. Możesz też płonąć jak pochodnia, dawać innym dużo światła, ale będziesz żył krócej. I wtedy zapragnąłem być pochodnią.
Wtedy dostaliśmy książki o Bracie Franciszku „Brat ogień”. Gdy z dwoma kolegami wracałem już do domu, w pociągu był straszny tłok, staliśmy ściśnięci jak sardynki, wtedy ogarnęło mnie pragnienie mówienia wszystkim, że Bóg istnieje, że wszedł w moje serce. Nie umiałem tego inaczej powiedzieć więc tą książkę „Brat ogień” czytałem trzymając nad głową, aby wszyscy widzieli, że czytam jakąś religijną książkę.
Jak doszło do tego, że zdecydował się Ojciec wyjechać na misję?
8 i pół roku pracowałem w Polsce jako kapłan, w różnych parafiach. Nie miałem zamiaru wyjeżdżać na żadne misje. Wydawało mi się, że tu w Polsce jest tyle pracy. Bardzo lubiałem katechizować młodzież.
W pewnym momencie Pan Bóg posłużył się osobą Ojca Rufina, który był i jest obecnie misjonarzem w Paragwaju. Był 1995 rok, rok modlitwy, w którym zrobiłem prawdziwe rozeznanie. W 1996 roku napisałem podanie do przełożonych, a oni zdecydowali, że do Boliwii.
Nie bał się Ojciec chorób tropikalnych?
Ja się w ogóle bałem. Najbardziej bałem się czy jest to moja decyzja czy Pana Boga. To było moje pytanie. Znając siebie, wiedząc, że jestem człowiekiem łatwo załamującym się. Natomiast kiedy Pan Bóg pokazał mi, że jest to jego decyzja nie myślałem o chorobach.
Jest to nie możliwe, aby mieszkać tam i ani raz nie zachorować. Nie myślałem o tym. Kiedy pierwszy raz zachorowałem – wszyscy się cieszyli. Mówili, że wreszcie jest misjonarz. Wtedy był tyfus. Takie choroby typowo tropikalne jak malaria, raczej są w części tropikalnej Boliwii, tam jeszcze nie pracowałem. Natomiast ja mam amebe, od której trudno się tam uchronić. W Boliwii tyfus i ameba są po prostu normalne.
W jaki sposób się Ojciec dowiedział, że jest to decyzja Pana Boga?
Ja mam swoje sposoby z Bogiem. Zawsze kiedy jest do podjęcia bardzo ważna decyzja, mówię mu, że musi być znak. Szukam takiego bardzo konkretnego znaku. W tym przypadku, był to dla mnie taki właśnie znak.
Wcześniej rozważając tą decyzję poszedłem do Ojca, który znał mnie wiele lat i powiedziałem, że nie wiem czy mam jechać czy nie, nie wiem czy tego właśnie chce ode mnie Pan Bóg. Powiedziałem mu o Paragwaju. On na to: Ty do Paragwaju to się nie nadajesz. Pojedziesz do Ugandy, bo otwieramy w Afryce misję. Wtedy się tak przeraziłem, że nie rozmawiałem na ten temat z nim już więcej. Po tej rozmowie modliłem się wiele miesięcy. W Częstochowie organizowaliśmy dużą konferencję ewangelizacyjną, na której był amerykańska delegacja, 20 osób. Ponad 2 tyś ludzi uczestniczyło, przez kilka dni w tym spotkaniu. Ci Amerykanie w pewnym momencie spytali się mnie: Co możemy zrobić dla Ciebie? Odpowiedziałem: Módlcie się za mnie, abym wiedział co mam ze sobą zrobić. Modlili się, skończyła się modlitwa a ja nadal nic nie wiedziałem.
Pojechałem na rekolekcje do Wrocławia. Wróciłem do Lubomierza i dostałem list od jednego z zakonników, który pytał czy nadal chcę wyjechać na misje. Przysłał mi 5 krajów, gdzie mógłbym wyjechać. Ale dla mnie znakiem było to, że list był datowany w tym samym dniu, kiedy modliła się za mnie ta amerykańska grupa. W tym samym dniu napisałem podanie, że chcę wyjechać na misję. Napisałem Paragwaj, bo wtedy pracował tam Ojciec Rufin. Prowincjał zmienił mi i powiedział, że pojadę do Peru. W między czasie zmienił się Prowincjał, nowy powiedział, że nie pojadę nigdzie, ale po pół roku zmienił zdanie i powiedział, że pojadę do Boliwii i tak się stało.
Miał Ojciec chwile zwątpienia, kiedy chciał wracać do Polski?
Do Polski nie, ale chciałem wyjechać z Boliwii w zeszłym roku. Przeżyłem wtedy tzw. zmęczenie materiału. Miałem mnóstwo pracy, byłem proboszczem na 70-tysięcznej parafii, byłem dziekanem, byłem człowiekiem dbającym o ekonomię całej misji w Boliwii, miałem również wiele innej pracy. Ostatni rok było to właśnie przemęczenie materiału. Czułem się tak zmęczony, że czułem, że muszę stamtąd wyjechać. Na szczęście moi przełożeni są bardzo mądrzy i zmienili mi miejsce. Ta zmiana pomogła mi i znowu mam energię do pracy.
Ile czasu zajęło Ojcu nauczenie się hiszpańskiego i jaką metodą?
Metodą rzucenia na głęboką wodę. Pojechałem do Boliwii nie znając ani jednego słowa. Pan Bóg mnie prowadził, dojechałem, nie zgubiłem się po drodze. Już na miejscu miałem 4-miesięczny kurs z nauczycielką hiszpańskiego, kiedy to wydawało mi się, że nigdy nie nauczę się mówić w tym języku. Po 4 miesiącach wysłano mnie do klasztoru, gdzie byłem tylko z Boliwijczykami. Na siłę musiałem się nauczyć.
Dla nas Polaków jest to bardzo łatwy język. Dużo łatwiejszy niż angielski.
Pytań do Ojca Andrzeja Zbroji nie było końca, niestety czas nieubłagalnie uciekał i spotkanie dobiegło końca. Spotkanie zapisało się w cudowny sposób w pamięci nie jednego z uczestników.