SZYMEK - SYMBOL RADOMSZCZAŃSKIEJ BIEDOTY ŻYDOWSKIEJ
To było prawdopodobnie na dwa dni przed Wigilią 1938 r. Spacerowałem Ulicą Przedborską, dzisiejszą Berka Joselewicza, Mickiewicza I pobliskimi ulicami Radomska. Uwielbiałem takie spacery. Pamiętam, że był mróz, a spod butów wydobywały się bardzo charakterystyczne skrzypienia zamarzniętego śniegu. Lubiłem chodzić Przedborską, ponieważ była jak gdyby symbolem części biednego Radomska, jakże innego do Centrum z Ratuszem I Kościołem Farnym.
Dzielnicę tę zamieszkiwali średnio zamożni Żydzi, ale także biedota żydowska, której w mieście nie brakowało. Chodząc tak w zimowej aurze, spoglądałem w okna. Wzrok mój zatrzymywał się zwłaszcza na choinkach, na których jeszcze przed Wigilią zapalano świeczki.
O oświetleniu elektrycznym nie było wówczas mowy. Jednak nie we wszystkich oknach można było dostrzec świąteczny symbol. Choinek nie ubierali Żydzi. Daleko im było do naszych polskich tradycji. Wśród Żydów nie zauważało się przedświątecznego klimatu, a czas ten raczej wykorzystywali na Handel w swoich niewielkich sklepikach.
Spacerując ulicami Radomska często spotykałem bardzo biednego Żyda, który liczną rodzinę utrzymywał z wyżebranych „Po prośbie” datków. Żyd Szymon, zawsze pokorny, prosił o grosiki. Nosił na ramieniu płócienną torbę, do której trafiały surowe ziemniaki, kromki chleba, czasem posmarowane masłem. Za te posmarowane smalcem świńskim, chociaż ich nie przyjmował, również z ogromną pokorą dziękował. Tłumaczył przy tym, że spożywanie smalcu ze świńskiej słoniny zabrania mu religia I Sam Bóg- Jahwe.
Szymek nosił skromny, ale schludny chałat. Na głowie obowiązkowo musiała być czarna jarmułka. Oprócz niej w zimowe dni nosił wełniane nauszniki. Sympatyczny Żyd żebrał nie tylko u swoich współrodaków. O pomoc prosił także Polaków I to często biednych jak przysłowiowa mysz kościelna. Jedni I drudzy nie odmawiali mu pomocy, dzieląc się z nim tym co mieli.
Szymek, był grzeczny I pogodny. Nie obrażał się nawet wtedy, gdy był obiektem kpin I żartów. Lubili go radomszczanie I ofiarowali datki groszowe, chleb, bułki oraz resztki jedzenia. Czasem częstowali zalewajką. Czasem kapustą z grochem. Za te dary zawsze z pokorą dziękował. Nie gardził również używaną odzieżą, którą potem nicowała jego żona. W ubraniach tym chodziło liczne potomstwo Szymka.
Szymon nie był zazdrosnym, zawistnym Żydem. Rozumiał swoją oraz współbraci dolę I niedolę. Nigdy się nie uskarżał na swoje życie. Wyglądało to tak, jakby był z nim pogodzony do chwili narodzin. Odbierałem go jako tło I symbol radomszczańskiej biedoty żydowskiej. Zapamiętałem natomiast jako rozmownego, a przy tym rozumnego Żyda.
Już wówczas, rok przed wybuchem wojny, mówiło się, że do zachodu zbliża się kataklizm I dosięgnie on w pierwszym rzędzie Żydów. W tym I tych mieszkających w Radomsku.
O ile na dwa dni przed Wigilią spacerowałem sobie Po moim ukochanym mieście I jego biednej dzielnicy tak dla przyjemności, to Szymon spacerował Po nim w zupełnie innym celu. On do przygotowujących Polaków święta chciał cośkolwiek wyżebrać.
Pamiętam, że podczas przedświątecznego spaceru zagadnąłem idącego Żyda w długim czarnym płaszczu z watolinową podpinką, co u niego I innych Żydów słychać. - Martwimy się Bo idą złe czasy-usłyszałem. Opowiadał także o innych współbraciach, trochę mówił o swojej rodzinie I jak to Żyd opowiadał kawały. Zapamiętałem taki jeden mówiący o zdarzeniu, które miało miejsce na lekcji przyrody, w szkole żydowskiej w okresie żniw:
- Patrz Josek, jak rolnik szczyna zboże.
- Oj! Nie mówi się szczy na zboże. Mówi się kosi zboże.
Na drugi dzień Jojne wstaje I mówi:
- Pani prpfesorze, Icek skosił się pod ławkę.
Dlaczego akurat spośród wielu żydowskich kawałów akurat ten pozostał w mojej pamięci? - pytanie to zadaję sobie do dziś dnia. Może dlatego, że akurat najbardziej przypomina MI on obraz biednych, przeciętnych radomszczańskich Żydów. A może dlatego, że nigdy oni nie opanowali, a nawet nie starali się opanować prawideł polskiego języka.
Szymek, jak I cała jego rodzina oraz inni radomszczańscy Żydzi zginął w Treblince. Po latach, kiedy wspominam przedwojenny okres, gdy mieszkaliśmy wspólnie z Żydami, w tym samym mieście I pod tym samym niebem, nasuwa MI się jedna refleksja, jak mało wiedzy o czasach radomszczańskich Żydów przekazaliśmy młodym ludziom. Czy ktoś naprawi ten błąd?