W sobotni wieczór (18.11) w clubie Bogart w Gomunicach odbył się koncert grupy Cree. Już przed godziną 20stą ciężko było znaleźć miejsce, by zaparkować samochód. Fani mocnego rockowego grania o bluesowym zabarwieniu licznie przybyli by posłuchać głosu Sebastiana Riedla.
Zaczęło się od problemów z gitarą basową, potem awaria klawiszy i wzmacniacza gitary Seby. Jednak nie przeszkodziło to zespołowi w stworzeniu cudownego klimatu pełnego energii i emocji. Na perkusji grał Tomasz Kwiatkowski, na klawiszach Adam Lomania, na basie Lucjan Gryszka, na gitarze Sylwester Kramek i oczywiście Sebastian Riedel-gitara, harmonijka i wspaniały wokal.
Zespół grał głównie swoje utwory. Odpowiedzią na okrzyki „Rysiek!” było wykonanie utworu „Zrobię to sam”… Jak zaznaczył Seba: „nie jestem dobrym mówcą, wolę śpiewać”. Jego zachrypnięty głos sprawiał, że bluesowo-rockowy nastrój utrzymywał się także wtedy, gdy prowadził dialog z publicznością.
W koncercie uczestniczyli przedstawiciele kilku pokoleń. Ludzie, których pytałam dlaczego przyszli na koncert odpowiadali: „dla muzyki-wychowałem się na muzyce w takim stylu”, „ta muzyka ma przekaz-jest w niej przesłanie”. Kiedy w jednym z utworów zabrzmiały słowa „dopóki przyjaciół masz, nie jesteś sam” w niejednej osobie obudziła się nadzieja i przypomniało im się, że są jeszcze tacy, dla których warto żyć.
Niewiele brakło a koncert zakończyłby się niemiłym akcentem. Jeden z dość mocno będących pod wpływem alkoholu panów rzucił kufel na scenę… Zespół podziękował za wspaniały występ i zszedł do garderoby. Jednak po wyprowadzeniu tego niepożądanego gościa, publiczność nie przestawała bić braw i krzyczeć „dziękujemy!”. Na szczęście chłopaki wrócili na scenę i zagrali jeszcze kilka przebojów Dżemu m.in. Czerwony jak cegła i Whisky.
Publiczność skakała pod sceną. Kilka osób było nawet unoszonych na rękach tłumu. Po około dwu i półgodzinnym koncercie, który na szczęście cudownie się skończył, nadal chciało się więcej i więcej…