NIE MOŻE BYĆ WIERNEJ HISTORII RADOMSKA BEZ HISTORII RADOMSZCZAŃSKICH ŻYDÓW
STEFANIA HEILBRUNN
DZIECI MGŁY I NIEBA (XI) (w tłumaczeniu Agnieszki Łyp)
Nikt nie starał się pomóc Miriam i jej rodzinie. Dzień w dzień widzieli jak giną lub są wywożeni ich przyjaciele. Wszyscy ludzie przeżywali to samo piekło w getcie. Niemcy nie tylko mścili się na Żydach. Polacy mimo, że nie musieli mieszkać w getcie, też byli prześladowani, bici, mordowani. Nie mogli spokojnie pracować. Głodowali. W większych miastach jak Częstochowa, czy Warszawa żyło im się trochę lepiej. W Radomsku Niemcy żądali takich cen za ziemniaki i chleb, że niewielu Polaków było na to stać. Jeśli chodzi o ubrania, obuwie, to w ogóle nie było o tym mowy. To wszystko relacjonował nasz wujek Mordechaim, który wiele razy uciekał z getta. Nasz ojciec też próbował uciec razem z wujkiem. Kiedy dotarł na ulicę Limanowskiego 6, zdał sobie sprawę, że swym czynem może ściągnąć śmierć na całą rodzinę. Wrócił do getta. Wojna dała się we znaki zarówno Żydom jak i Polakom. Mordechaim mówił, że sprytniejsi Polacy sprawdzali zamożność Żydów w getcie. Proponowali im przechowanie podczas wojny. My nie mieliśmy na to pieniędzy. Wiem, że niektórzy uciekali z getta do Polaków. Jeżeli jakiś Polak cały czas chodził głody i słaniał się na nogach, a teraz stać go było na kupno chleba, mleka, masła, czy ziemniaków, znaczyło to tylko jedno - od jakiegoś czasu przechowuje Żydów. Takie zachowanie Polaków intrygowało gestapowców. Coś podejrzewali. Najpierw sprawdzali stan ludzi w getcie. Jeżeli stwierdzili brak kogokolwiek, śledzili każdy krok podejrzanego Polaka. Czasami Żydom udało się uciec pociągiem do Warszawy. Ucieczki z getta odbijały się na niewinnych Polakach. Rozwścieczeni Niemcy mordowali całe polskie rodziny albo wywozili je na przymusowe roboty.
Też myślałam o opuszczeniu getta. Tam na zewnątrz Polacy mieli dostęp do gazet. W przeciwieństwie do nas, coś niecoś wiedzieli o działaniach wojennych.
W getcie byli również tacy, którzy mieli powiązania z niemieckim gestapo – tłumaczy Mordechaim. Oni mieli wszystko. Mogli w getcie prowadzić sklepy oraz zakłady. Na to pozwalał im niemiecki Treunhänder, który miał „lepkie ręce”. Jego nie obchodziło z kim handluje i z kim wchodzi w układy. Chciał po prostu na tej wojnie zarobić. Poza tym żydowskie sklepy i pracownie były dla Niemców bardzo wygodne. Mogli się tam targować nawet do najniższych cen. Rzeczy, które były produkowane w Judenracie miały ceny wyższe od kosztów produkcji. To Niemców nie zadawalało. Właściwie to esesmanów nic nie zadawalało. Jeżeli chcieli coś kupić i musieli za to zapłacić, potrafili cały towar ze sklepu wrzucić do rzeki. Mordechaim opowiadał, że kiedyś zimą poznał bardzo miłą panią. Była Francuską i wyszła za mąż za Włocha, pracującego w Metalurgii. Mieszkali w pięknym domu przy Alei Kościuszki, blisko budynku gestapo. Przed wojną jej mąż był dyrektorem francuskiej Metalurgii. Nawet w czasie okupacji Niemcy nie usunęli go z tego stanowiska. Nikt nie wiedział dlaczego. Francuska była zawsze elegancko ubrana, wyperfumowana drogimi perfumami i często można było ją spotkać w siedzibie gestapo. Miała najnowsze wieści z całego świata. Wiedziała co Niemcy chcą zrobić z okupowanymi krajami. Któregoś dnia zaprosiła mnie do swego domu. Tłumaczyła, że dzięki znajomości języka niemieckiego, a także swojej urodzie, ma od Niemców tajne informacje. Wiedziała, kiedy i gdzie będą łapanki, kiedy Niemcy będą podpalać sierocińce. Dzięki wydobytym od Niemców informacjom uratowała wiele polskich dzieci. Jej dom różnił się od pozostałych. Jasne ściany, wszędzie pachnące róże. Zupełnie tak jakby wojna go ominęła. Zapytała mnie czy chcę wracać do getta. Jeśli nie, to mogę zostać u nich jakiś czas. Stwierdziła, że gestapo nigdy do ich domu nie przychodzi. Bardzo chciałam tam zostać, ale bałam się, że ona jest szpiegiem i mnie wyda. Postanowiłam, że nigdy już się z nią nie spotkam. I rzeczywiście nigdy więcej jej nie widziałam.
X X X Doktor Simcha Hampel pamięta jeden dzień z okupacji. Wszystko to, co działo się wokół mnie było złe, było coraz gorsze. Niemcy potrzebowali coraz to nowych przedmiotów, dla urządzenia swoich domów i biur. Wynosili z naszych mieszkań nie tylko biżuterię, ubrania, ale także porcelanę, stoły, meble, dywany, pianina. Jednym słowem wszystko co mogło być przydatne niemieckim rodzinom do życia w luksusie, tu na wschodzie. W końcu cały niemiecki Wermacht brutalnie wyrwał nam naszą własność. Żołnierze niemieccy rozprzestrzenili się jak prawdziwa egipska plaga, która przy zetknięciu się z człowiekiem powoduje śmierć lub wieczną chorobę. Jednym z takich podłych ludzi był tak zwany Zipser. Przed wojną pracował w częstochowskiej firmie, która budowała trasę Warszawa – Kraków. Podczas wojny wiele razy przekonaliśmy się jaki ma stosunek do ludzi. Był smukłym mężczyzną, silnym, zawsze gotowym do walki. Ubrany zazwyczaj po cywilnemu, ale Żyda, który mu podpadł traktował gorzej niż gestapowiec. Wymyślał mu taką pracę, że ten w przeciągu jednego dnia umierał. To był typ sadysty. Działał jak w amoku. Bardzo lubił odwiedzać domy żydowskie. Doskonale wiedział czym każdy Żyd dysponuje. Na przykład jeżeli był pewien, że Żyd nie ma już ani biżuterii, ani dywanu, to żądał, aby mu to właśnie pokazał. Jeżeli Żyd zarzekał się, że już wszystko oddał Niemcom, musiał to odpracować. Najstarszy z rodu odpracowywał w ten sposób, że biegał dokoła getta, dotąd, dopóki nie opadł z sił.
Następne nieszczęście miało miejsce na Bobrach. Przed wojną była to jedna z najpiękniejszych okolic do odpoczynku. Woda w rzece była przejrzysta więc kąpiel w niej to sama przyjemność. Czas wojny wypaczył znaczenie tego miejsca. Teraz pełniło rolę miejsca tortur. Żydzi byli zmobilizowani do pracy w regulowaniu poziomu Warty. Pracowali w pełnym słońcu bez żadnego zabezpieczenia. Bez kapeluszy i możliwości napicia się wody. Stali tak w zimnej wodzie przez cały dzień i noc, jako mierniki poziomu wody. Nie wolno im było się stamtąd ruszyć. W ten sposób umarło trzech moich kolegów: Kłodziński, Zandgerg, Sztycki.
Praca w Judenracie pozwalała choć na chwilę zapomnieć o tych strasznych wydarzeniach. Niemcy nie pozwalali na pracę dla Judenratu. Uważali: „Jeżeli chcecie tak bardzo pracować żeby nie myśleć o tym tragizmie, który was spotkał my wam damy pracę”. I tak każdego ranka trzy tysiące ludzi opuszczało getto, idąc do wykańczającej roboty. Mężczyźni pracowali za darmo, bez jedzenia, bez narzędzi i odpowiedniego ubrania. Mieli do wyboru albo tę pracę, albo własną śmierć i całej swojej rodziny. Za dobrze przepracowany dzień dostawali po jednej kromce chleba dla rodziny i to pod warunkiem, że praca była wykonana na czas. Bieda – wszędzie gdzie tylko okiem sięgnąć. W pierwszych miesiącach wojny w wielu domach dzieci przymierały głodem. Lepiej mieli ci, którzy posiadali jakiś nierozgrabiony jeszcze majątek. Ci mogli liczyć na zdobycie jedzenia od Niemców. W tej chwili praktycznie każdy był już biedny, ograbiony ze wszystkiego i na kromkę chleba musiał pracować cały dzień jak robot. Nie było już zamożnych rodzin w getcie. Niemcy zrobili z nas niewolników. Pamiętam jak 26 grudnia 1939 roku, na ulicy Mickiewicza Niemcy przed gettem świętowali Boże Narodzenie. Składali takie życzenia: „Najbiedniejszym z Żydów, czyli naszym głównym niewolnikom życzymy poprawy sytuacji życiowej, ponieważ kiedy będą bogaci, będą mogli nas utrzymywać”, „Rodzinom, których jeszcze nie dosięgnął największy głód radzimy nie cieszyć się długo swym szczęściem, bo i tak zrobimy z nich swoich niewolników”, „Wszystkim tym, którzy mają pieniądze nie radzimy łączyć się z biedakami, bo jeżeli będą im pomagać to skonfiskujemy cały ich dobytek”.
Po wysłuchaniu tych słów w getcie zawrzało. Żydzi wpadli w panikę. Nie wiedzieli co mają robić. Zaczęli prosić Niemców, aby się nad nimi zlitowali. To nic nie dało. Zdesperowani Żydzi zaczęli rzucać w swych oprawców kamieniami. Takie zachowanie wyznawców judaizmu doprowadziło niemieckich żołnierzy do wściekłości. Bili ich pałkami po rękach, karabinami po głowach. Jeżeli ktoś się stawiał, był wyprowadzany z getta i na oczach rodziny rozstrzelany. W tym czasie cała ulica Mickiewicza była zalana krwią. Ci co zgłosili się samowolnie do pracy mieli przez pewien czas zapewnioną żywność i spokój.
W styczniu 1940 roku Judenrad otworzył kuchnię z gorącą zupą, dla tych którzy nie mieli pieniędzy. To zdawało przez jakiś czas egzamin. Nie musieli już pracować u Niemców za kromkę chleba dziennie, bo wiedzieli, że czeka na nich gorąca zupa. To dało Niemcom do myślenia, ponieważ z każdym dniem coraz mniej mężczyzn stawiało się do pracy. Postanowili więc stworzyć w getcie żydowską policję. Miała dbać o porządek, pilnować aby nikt z getta nie wychodził kiedy tylko ma na to ochotę. Miała dopilnować, aby każdego ranka wszyscy mężczyźni wyznaczeni przez Niemców byli gotowi do pracy. W Radomsku w żydowskiej policji służyło 45 Żydów. Pierwszym komendantem policji był Natan Weiner. Jego zastępcą Chamek Markowicz. Lodka Pańska pamięta, jak Niemcy zaproponowali jej mężowi bycie pierwszym komendantem policji żydowskiej. Był weteranem wojennym w 1921 roku, ale nie był tak sprawny, aby sprostać zadaniom komendanta policji. Nie wiadomo czemu Niemcy uparli się, że będą go leczyć i zrobią z niego komendanta. Henio Pański się nie zgodził.
(c.d.n.)