W ramach Radomszczańskich Dni Rodziny we wtorek, 13 czerwca w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Radomsku gościł wybitny mąż stanu Rzeczypospolitej Polskiej, zasłużony dyplomata, a także historyk i publicysta, profesor Władysław Bartoszewski. Profesor zaprezentował swoją najnowszą książkę „Warto być przyzwoitym”, a także powiedział coś co dla wszystkich powinno być znakomitą lekcją historii i poświęcenia dla ojczyzny.
To nie jest wykład - powiedział na początek szacowny gość. Był to raczej ciekawy dialog z publicznością, która pod koniec spotkania zadawała wiele pytań. Nie co dzień Radomsko gości osoby, uchodzące za autorytet moralny i polityczny, nie tylko w Polsce ale i poza granicami naszego kraju. Historia życia Bartoszewskiego jest niezmiernie ciekawa. Kilka miesięcy spędził w niemieckim obozie Oświęcim, który udało mu się opuścić dzięki pomocy Polskiego Czerwonego Krzyża.
Po opuszczeniu obozu rozpoczął podziemną działalność partyzancką. Po wojnie pracował w PSL-owskiej „Gazecie Ludowej”. Między innymi za to był represjonowany – kilkakrotnie więziony przez władzę komunistyczną. W 1955 roku Najwyższy Sąd Wojskowy oczyścił go z absurdalnych zarzutów o rzekome szpiegostwo. Za pomoc udzielaną Żydom w czasie wojny, w 1963 roku odznaczono go Krzyżem Kawalerskim Odrodzenia Polski oraz zaszczytnym, nadawanym przez Instytut Yad Vashem tytułem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Wykładał historię najnowszą na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
Zaangażował się w działalność opozycyjną, za którą był internowany w Białołęce, a potem w Jaworzu. Młodsze pokolenia najbardziej jednak znają jego zasługi dla pojednania polsko – żydowskiego i dwukrotne pełnienie funkcji Ministra Spraw Zagranicznych.
- Kiedy wybuchła wojna miałem 17 lat. Formalnie byłem dojrzały po maturze, a faktycznie byłem niesłychanie niedojrzały. Pierwsze ćwiczenia w zakresie dojrzałości przechodziłem na placu apelowym w Auschwitz w roku 1940 i 1941, mając lat 18 i 19. To była konfrontacja syna urzędnika bankowego, z normalnego domu, gdzie nikt nikogo nie bił ani nie katował, nie obrażał ani nie poniżał z innym światem. Ze światem diabelskim w skrajnym wydaniu – opowiadał – To była ta pierwsza próba dojrzałości. Bogu dzięki późniejszym generacjom, te próby były oszczędzone i będą już oszczędzone, bo w moim głębokim przekonaniu, i nie mówię tego tylko dla pociechy ale naprawdę tak uważam, żadne wojny w Europie w perspektywie wymiernej wyobraźni pokoleń, nie grożą – dodał.
- Przeżyłem wojnę, przeżyłem obóz niemiecki, działałem w Armii Krajowej, przeżyłem Powstanie Warszawskie, przeżyłem przymusowe wysiedlenie z Warszawy w październiku roku 1944. Wtedy się znalazłem w Krakowie i przeżyłem to co się nazywało u nas wyzwoleniem czyli przyjściem Armii Czerwonej –. kontynuował historię trudnych wojennych przeżyć.
Na pytanie czy dokumenty zgromadzone w teczkach Służby Bezpieczeństwa są prawdziwe odpowiedział, że w jego przypadku tak, gdyż przeglądając swoje akta nie natrafił na żadne fałszerstwo. Wyjaśnił, że były to dokumenty wewnętrzne tychże służb i agenci pisali w nich przeważnie szczerze. – Dla swoich szefów pisali do cholery prawdę! Przecież wykazywali się swoją aktywnością – powiedział prostą, acz bolesną dla niektórych prawdę.
Dodał, że zna tylko pseudonimy 54 osób, które na niego donosiły, nie jest więc możliwe rozszyfrowanie nazwisk, na czym nawet Bartoszewskiemu nie zależy – Co z tego, że ja wiem, że wyjątkowo szkodliwym sukinsynem który donosił na mnie nawet z zebrań Polskiej Akademii Nauk był „Wiktor”. Nie wiem kto to jest ten „Wiktor”. Wiem, że sukinsyn. Ale nawet gdybym się dowiedział to co? Lata minęły, jegomość ma pewnie swoje lata, co mu zrobię?
- Czy my byliśmy patriotami? – zapytał sam siebie. – Teraz czytam, że minister edukacji, daj mu Panie Boże zdrowie, chce wprowadzić jakieś nauczanie patriotyzmu. Muszę powiedzieć, że nie przypominam sobie, ale nie przypominał sobie tego również Karol Wojtyła, z którym miałem okazję kilka razy rozmawiać o wychowaniu w szkole, żeby istniało coś w rodzaju wychowania patriotycznego. Ja w ogóle nie przypominam sobie, żeby wychowanie było inne! Nauczyciele w szkole, moja matka, mój ojciec– oni wszyscy mnie wychowali patriotycznie. To było tak oczywiste, że o tym się nie mówiło
Przypomniał też przenośnię użytą przez Stanisława Wyspiańskiego w „Weselu” – A to Polska właśnie – coś co ma się w sobie, bicie serca. - Nie jest przyzwoitością kochać ojczyznę, tylko jest nieprzyzwoitością jej nie kochać – dodał na zakończenie. Te jakże mądre słowa powinny być nauką nie tylko dla ministra edukacji, ale przede wszystkim dla pokoleń młodych Polaków.
Tomasz M. Kolmasiak
Więcej przeczytasz w środę, 21 czerwca w tygodniku „Komu i Czemu”