NIE MOŻE BYĆ WIERNEJ HISTORII RADOMSKA BEZ HISTORII RADOMSZCZAŃSKICH ŻYDÓW
STEFANIA HEILBRUNN DZIECI MGŁY I NIEBA (X) (w tłumaczeniu Agnieszki Łyp)
ROZDZIAŁ IV – ZA ŚCIANĄ
Pamiętnik Miriam
Poniedziałek 21 kwietnia 1941 roku.
Mam nadzieję, tak jak i większość – mówi Irka, że wszystko wróci do normy. Że otworzą się dla nas nowe drzwi i nowe życie. Na pewno wszystko będzie w porządku, musimy tylko trochę się uspokoić.
Wszyscy nasi przyjaciele byli bardzo zajęci. Brali udział w przygotowaniu dwóch wydań lokalnej gazety. Mieli nadzieję, że poprzez swoje slogany i lekceważenie wszelkich zakazów mogą coś osiągnąć. Ważne było dla nich to, czego nauczyli się z Hebrew.
Krytykowali pobyt w getcie, opisywali fakty o mordach na wsiach, ignorowali polityków, niemiecką inwazję na Jugosławię, wszystko.
Dla nich najważniejsze było podniesienie ludzi na duchu i wlanie w ich serca choć szczypty optymizmu. W gronie znajomych spotykaliśmy się w wielkiej dyskrecji. Grupowe spotkania były zakazane.
Dzisiaj, kiedy rozpoczęliśmy pierwszą lekcję o naszej kulturze, serca wszystkich uczestników były złączone w jedną całość. Czuliśmy się jak w niebie, przyrzekliśmy sobie, że teraz o stałych porach będziemy się spotykać na lekcjach, ciężko pracować i uczyć się, aby być mądrymi ludźmi. Przyrzekłam Róźce, Frani i Heli, że będę im pomagać w nauce. Byłam bardzo szczęśliwa kiedy miałam dużo zajęć, nie myślałam wtedy o strachu.
Wtorek 29 kwiecień 1941 roku.
Co za podła pogoda, taka jak w listopadzie. Ciągle tylko mgły i deszcze. Uczymy się razem: Estusia, Marek i ja z panną Halą Neumark. To nie są prawdziwe lekcje, tylko potajemne komplety. Nie jesteśmy najlepszymi uczniami, ale staramy się bardziej niż Bronka czy Klara lub Ala i Irka. Na kompletach musimy zachowywać się bardzo cichutko. Wystarczy jakikolwiek szmer, aby Niemcy nas rozszyfrowali. Słysząc czyjeś kroki chowamy książki i zeszyty pod ubrania. Żyjemy cały czas pod strachem, boimy się. Profesorowie powtarzają nam, że musimy być silni oraz zgłębiać wiedzę, jeśli chcemy dożyć lepszego jutra. Mimo beznadziei, wszechobecnego pesymizmu, nie poddajemy się. Wymyślamy różne sposoby na polepszenie samopoczucia. Ułożyliśmy piosenkę, którą śpiewaliśmy prawie każdego dnia. „Idź z piosenką na ustach
Nie zapomnij o swoim męstwie
Miej słońce w swoim sercu
A wszystko będzie w porządku”.
W ostatni piątek świętowaliśmy moje szesnaste urodziny.
Wtorek 13 maja 1941 roku.
Jesteśmy po egzaminie. Wszyscy zdali bardzo dobrze. Otrzymaliśmy świadectwa w sobotę. Ja dostałam wyróżnienie. Panna N. podarowała mi Hebrew do nauki. Dostałam też kilka pieniążków. Do tej pory nikt nigdy nie dał mi pieniędzy.
Sytuacja w moim domu stała się dramatyczna. Po raz pierwszy nie było nic do jedzenia. Brakowało nawet chleba i ziemniaków. Żeby kupić jedzenie trzeba było mieć bardzo dużo pieniędzy. Żywność, którą mieliśmy schowaną zabrali Niemcy. Zewsząd napływały straszne wieści. Z Warszawy każdego dnia wyjeżdżały potężne samochody z żywnością. To było oczywiście jedzenie dla Niemców. Dla tych co nie mieli pieniędzy, aby zapłacić pozostało obgryzanie kory z drzew i liści...
Dziś po raz pierwszy była piękna pogoda, taki prawdziwy maj. Tylko w naszych sercach nie było majowego nastroju...
Czwartek 22 maja 1941 roku.
Wczoraj mama rozpoczęła naukę w przedszkolu, którego właścicielami byli państwo B. Założyli przedszkole po stracie własnego synka.
Opieka nad małymi dziećmi to ciężka praca. Pomagamy mamie odprowadzać podopiecznych do domu. Policja niemiecka cały czas nas obserwuje.
Z gazet dowiadujemy się, że Niemcy zwyciężyli na Krecie, w Anglii, okupują już Francję. Cicho jest tylko w sprawie Rosji. Niewiele nas to obchodzi. Mamy własne problemy. Jesteśmy wyczerpani i głodni. Za wszystko musimy płacić markami. Przelicznik na złotówki był następujący: 1 kg czarnego chleba kosztował 30 złotych, 1 kg ziemniaków od 2,80 do 3 złotych.
Chleb traktowany był jak ciasto. Nasz ojciec od dłuższego czasu nic nie jadł, aby dla nas wystarczyło. Na śniadanie czasami udało nam się zjeść kaszę owsianą lub jęczmienną, która kosztowała 20 złotych za kilogram. Na obiad były najczęściej ziemniaki z kwaśnym mlekiem albo zupa mleczna. Półtora litra mleka przypadało na rodzinę - dla dzieci.
Starałam się pomagać mamie, uczyłam Rózię i Franię. Każdego dnia byłam coraz bardziej zmęczona, a głód paraliżował mój organizm.
W ostatnim tygodniu ojciec napisał list do swojej siostry mieszkającej w Rosji. Ciekawiło nas, czy u nich jest już wojna i dlatego z niecierpliwością czekaliśmy na odpowiedź.
Czwartek 10 lipiec 1941 roku.
Przypominam sobie ten ostatni tydzień, tych kilka okropnych dni. Wstałam rano, niczego jeszcze nieświadoma. To było w niedzielę 22 czerwca. Usłyszałam najświeższą wiadomość: o oficjalnym ogłoszeniu wojny z Rosją. Ten fakt wstrząsnął wszystkimi. Niedziela była dniem, w którym skończyły się nasze marzenia. Wiedzieliśmy już, że ta wojna będzie trwać i trwać. Nie pomogą żadne hasła i żadne pocieszenia. Ojciec nie spał już dwie doby. O 9.30 jakiś samochód zatrzymał się przed naszymi drzwiami. Nie ubrana, nie uczesana podbiegłam do okna. Na dworze stali niemieccy żołnierze. Krzyknęłam, że nikogo nie ma w domu. Gestapo wtargnęło do naszego domu. Chodziło im wyłącznie o ojca. Nie wiem co chcieli z niego wyciągnąć podczas przesłuchania. Słyszałam jak ojciec krzyczał: - Panowie tu nikogo nie ma, jestem sam. Żandarmi nie wierzyli w jego słowa, przeszukali cały dom. Być może dlatego, że nic nie znaleźli zabrali ojca ze sobą. . Nie wrócił już do miasta. Po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że został wywieziony do Częstochowy. Straciliśmy nadzieję, na jego powrót, gdyż zdawaliśmy sobie sprawę, że jeżeli Niemcy kogoś wywiozą to na zawsze. Mój ojciec miał jednak szczęście, wrócił do rodzinnego domu. Co prawda musiał dwa razy jeździć do Częstochowy w celu podpisania odpowiedniej deklaracji. To wszystko było nieważne. Najważniejsze było to, że byliśmy razem. Nic się bardziej nie liczyło niż fakt, że jesteśmy obok siebie.
Niedziela 31 sierpnia 1941 roku.
Co za nudny czas. Nie mam ochoty nawet na pisanie. Prawdę mówiąc musiałabym ciągle pisać o tym samym. Spotykamy się cały czas na kompletach u panny H. Uczę Estusię i Irkę. Mama pracuje w przedszkolu, jakoś żyjemy...
Moje koleżanki znalazły swoje zdjęcia jeszcze sprzed czasów wojny. Też bym chciała mieć jakieś zdjęcie, ale żadnego nie mogę znaleźć.Dobrze, że mam swój pamiętnik.
Myślę o moim wujku, który mieszka w Częstochowie. Ożenił się tam z miejscową dziewczyną. Bardzo jestem ciekawa mojej nowej cioci.
Wtorek 18 września 1941 rok.
Czekamy na powrót do normalności. Dwa dni wcześniej Niemcy zorganizowali tak zwane „łapanki”. Wczoraj ciocia Rózia oznajmiła, że w czasie tych łapanek aresztowano pana G.
Porozwalane butelki, porozrzucane książki, strach w oczach ludzi – to prawdziwe wydarzenia tamtych czasów.
Żydzi, którzy żyli sobie do tej pory w spokoju zostali sprowadzeni do statusu podludzi. Nie mogliśmy się z tym pogodzić. Przecież też jesteśmy ludźmi - czyż nie? My chcemy żyć, chcemy doczekać lepszej przyszłości, doczekać czasów takich jakie były przed wojną. Ale tylko jeden Bóg wie jak długo zdołamy to wszystko wytrzymać.
23 listopada 1941 roku.
Nic w dalszym ciągu się nie zmienia. W domu jest bardzo zimno. Zostałam w łóżku, wzięłam swój pamiętnik do ręki i zastanawiam się co mam napisać. Pamiętam czasy, kiedy jeszcze mieliśmy dużo pieniędzy, kiedy dostałam sztambuch i postanowiłam zapisywać w nim najpiękniejsze wydarzenia mojego życia. Nie wiedziałam, że przyjdzie mi pisać o takich okropnościach. Jeszcze nie tak dawno uczyłam małe dzieci w szkole. Teraz też się spotykamy, ale po kryjomu. Żyjemy w ciągłym strachu. Nauczyciel od języka niemieckiego i angielskiego M. J. był bardzo nerwowy, nie umiał pracować w warunkach wojny. Do nauki pracy z dziećmi obligowała go żona, która pochodziła z Radomska.
Nagonki Niemców znów się rozpoczęły. Chodzili od domu do domu z listą nazwisk kobiet i mężczyzn. Kiedy nie mogli znaleźć kogoś z listy zabierali innego z domowników. Grozili, że jak nie pójdzie z nimi to zabiją całą rodzinę. Nieważne było dla Niemców, czy to był człowiek stary, czy młody. Ważne było, aby liczba osób na liście zgadzała się z liczbą zatrzymanych. Ludzie ci zostali wywiezieni z Radomska, nikt nie wiedział dokąd. Mówili, że wywożą ich do Częstochowy. Nasza rodzina wiele razy wysyłała telegramy do tego miasta. Wracały z napisem – adresat nieznany. W końcu dostaliśmy wiadomość, że większość z nich została wywieziona do Oświęcimia. To miejsce, z którego tylko nielicznym udało się wrócić.
Największą tragedię przeżyły kobiety, które zostały zupełnie same. Bywało i tak, że wywiezione zostały całe rodziny. Ludzie mówią, że nawet jeśli oni zginą to i tak kiedyś zmartwychwstaną i będą z nami. Na początku też w to wierzyłam jednak działania wojenne sprawiły, że moja wiara stała się słabsza.
Niemcy zbombardowali Rosję, okupują Polskę. We Lwowie też daje się odczuć posmak wojny. Te informacje mamy od mieszkających tam naszych braci – Żydów.
Córka naszego przyjaciela pana Dorfmana wyjechała do rodziny w Beskidy. Nigdy już stamtąd nie wróciła. Jej rodzice nie mogli pogodzić się z utrata jedynej córki. Ich serca przepełniała wielka miłość do niej i nikt nie mógł im przetłumaczyć, że ona już dawno nie żyje. Zdesperowani, pomimo zakazu opuszczania getta postanowili wyjechać w Beskidy w poszukiwaniu córki. Wrócili bez niej i wtedy zaczął się ich prawdziwy dramat. Bezustannie zadawali sobie pytania: Kto ją zabił? Kto mógł podnieść broń na takie niewinne dziecko? Niemcy nie tylko terroryzowali i mordowali Żydów w Polsce, ale i we wszystkich krajach, którym wypowiedzieli wojnę. Jeden z tych niemieckich bandytów zabił moją najlepszą koleżankę – Bronkę. Była najcenniejszym skarbem na całym świecie dla swoich rodziców. Po jej śmierci pękło im serce. Bronka jest w moich myślach dzień i noc. Cały czas patrzę na nasze szkolne zdjęcie. Jakie byłyśmy szczęśliwe przed tą wojną. Nie wiem jaka tkwi w Bogu tajemnica, że pozwala ginąć takim młodym, niewinnym ludziom. Może jej tragiczna śmierć jest dla niej zbawieniem?
Skończyłam siedemnaście lat. To są moje trzecie urodziny podczas wojny. Jak długo jeszcze będę obchodziła urodziny w getcie.
(c.d.n.)