NIE MOŻE BYĆ WIERNEJ HISTORII RADOMSKA BEZ HISTORII RADOMSZCZAŃSKICH ŻYDÓW
STEFANIA HEILBRUNN
DZIECI MGŁY I NIEBA (VIII) (w tłumaczeniu Agnieszki Łyp)
ROZDZIAŁ III - ...W RĘKACH NIEGODZIWCÓW
Pamiętnik Miriam (IV)
Ruiny starego sklepu, z których ciągle wydobywał się dym, w takim klimacie pierwsze motocykle wojskowe zaczęły hałasować w środku miasta. Niemcy wyglądali na bardzo zmęczonych. Uniformy ich to czarne skóry i ciemne okulary. Zwracali się do siebie bardzo arogancko. Uśmiechali się szyderczo na widok napotkanych zniszczeń. Wyglądali jak wojsko zwycięzców. Nie mogłam czuć, mogłam tylko marzyć, że w przeciągu jednej minuty to wszystko zniknie. Widziałam ich podłe twarze. Uprzytomniłam sobie, że to nie sen, że to wszystko zdarzyło się naprawdę.
Niemcy byli tak blisko nas. Zawsze zorganizowani, gotowi do działania. Posiadali radia, przez które cały czas słuchali wiadomości. My wiedzieliśmy tylko, że do tej pory cała Warszawa Wschodnia jest już zbombardowana i właściwie nic więcej. W końcu jednak, dokładnie w niedzielę 3 września, usłyszeliśmy o zakazach wprowadzonych przez Niemców. Wszystkie wojska polskie mają ogłosić kapitulację.
Wyznaczona zostaje godzina policyjna. Żydzi mogą poruszać się po mieście od 8.00 do 19.00, a Polacy od 5.00 do 20.00 (później do 23.00).
Żydzi mają natychmiast zamknąć swoje sklepy, kramy i pracownie.
We wtorek, 5 września pierwsze niemieckie rodziny zaczęły sprowadzać się do miasta. Najbardziej była oblegana Aleja Kościuszki. Tam były najlepsze mieszkania w mieście. Właściciele mieszkań mieli 15 minut na ich opuszczenie i mogli zabrać tylko to co zdołali unieść w rękach. Mieszkania Niemcy odziedziczyli z pełnym wyposażeniem. Ludzie pomagali sobie nawzajem, wynosząc w pośpiechu z mieszkań to co mogli unieść. A Niemcy krzyczeli: No ruszać się! Wychodzić!
Kilka dni później, kiedy Żydzi otworzyli swoje sklepy, żołnierze Wermachtu zapragnęli robić w nich zakupy. Był to wyłącznie kaprys, bo ostatecznie kupowali znaczek albo dwa, po to, aby wysłać kartkę do domu. Pytali przy tym z przekąsem: „Czy ja mam za ten znaczek zapłacić? Mam zapłacić?”
Ludzie nie wychodzili z domów. Bali się pokazać twarzy – relacjonuje Elek Epstein.
Oto jego wspomnienia z czasów pożogi.
Dzieci przylepiły nosy do szyb. Płakały, bały się. Ciągle było słychać odgłos niemieckich samochodów. Pewnego dnia wyszedłem na ulicę. Jeden oficer niemiecki częstował mnie papierosem, a ja mu powiedziałem:
- Dziękuję, ja nie palę, ale wezmę dla mojego taty.
- Hej, chłopcze skąd ty tak dobrze znasz niemiecki?.
- Ja chodzę do żydowskiego gimnazjum.
- Żydowskiego, ty jesteś Żydem. To niemożliwe z takimi błękitnymi oczami?.
- Tak, ja jestem Żydem proszę pana.
Oficer stał. Przez moment, myślał. Jego twarz zrobiła się czerwona po czym krzyknął:
- Uciekaj, ale szybko!.
Nie czekałem już na drugie upomnienie. Uciekałem tak szybko, że nawet nie wiadomo kiedy znalazłem się w domu.
Mordechai Goldberg, to był jedyny człowiek, który właściwie nie bał się tych żołnierzy. Przechwalał się: „Sprzedałem tym Niemcom nieświeże jajka, zepsute jabłka, trochę papierosów i kart pocztowych. Za kilka groszy, które od nich dostałem kupiłem dobre jedzenie do domu i wcale się ich nie bałem. Polscy chłopcy byli inni niż niemieccy żołnierze i krzyczeli za mną: To Żyd! Żyd! Niczego od niego nie kupujcie! Nie czekałem, aby oni cokolwiek ode mnie kupowali. Mnie wystarczyło, że kupują u mnie niemieccy żołnierze. Ale nie tylko dbałem o naszą rodzinę. Dbałem także o przyjaciół, którzy nie radzili sobie tak dobrze na ulicy jak ja. Jednego dnia niemiecki żołnierz podszedł do mnie i zapytał, czy nie mam czasami wody. To był miły żołnierz, niezbyt młody. Zapytał mnie skąd tak dobrze znam niemiecki. Odpowiedziałem mu, że jestem Żydem. Spojrzał na mnie, uścisnął moją dłoń i powiedział: „Bracie, nie bój się mnie, ja miałem wielu przyjaciół Żydów, oni są teraz w zupełnie innych miejscach. Ale ty nie musisz uciekać”.
Pamiętnik Miriam (V)
Dla Niemców było jasne, że to oni są panami i władcami na ulicach. Ale to już im nie wystarczało. Wchodzili do domów i zabierali młodych mężczyzn do pracy. Ojciec tego dnia chciał popatrzeć na ruiny. Poszedł i w drodze ktoś z tyłu uderzył go w głowę. Upadł, stracił przytomność. Do domu wrócił dopiero wieczorem. Ktoś go opatrzył, ale i tak cały był we krwi. Ojciec przez dłuższy czas nie mógł zwlec się z łóżka. Żałował, że poszedł oglądać te ruiny. Najgorszy był pewien wtorek. Niemcy weszli do miasta i zabrali wszystkich mężczyzna niezależnie od wieku. Mama powiedziała do ojca: „Kiedy oni przyjdą, leż w łóżku i zachowuj się tak jakbyś był ciężko chory”. Gestapowcy weszli z pistoletami. Zaczęli stukać swoimi butami i strasznie krzyczeć. My trzymaliśmy się naszej wersji: „Tata jest chory”, powtarzaliśmy ciągle. Zdenerwowani Niemcy opuścili nasz dom.
X X X
Dzień 12 września przeszedł do naszej pamięci jako krwawy wtorek w getcie. Od samego rana gestapo chodziło od domu do domu i zabierało wszystkich mężczyzn. Zebrali ich wszystkich przed starym sklepem, rozdzielili na trzy grupy i na oczach wszystkich zaczęli torturować. W sklepie panował zawsze porządek, uznaliśmy zatem, że będzie to dobre schronienie. Ale na niewiele się to zdało. Z za rogu wyłonili się żołnierze z armatami i karabinami maszynowymi. W przeciągu jednej chwili wszyscy mężczyźni, którzy przeżyli tortury, padli na twarz.Byli martwi. Właściwie niepotrzebne były te wszystkie tortury. Mogli przecież od razu ich zabić. Ale Niemcy byli bezlitośni.
Polskie chodniki, drogi, trawniki, cal po calu pokryły się żydowskimi ciałami i krewią. Na ulicy Reymonta było jeszcze gorzej. Niemcy znaleźli sobie inną zabawę. Zebrali większość zdrowych mężczyzn. Kazali im biegać po ulicy i wyznaczyć osobę, która zginie jako pierwsza. Jeden starszy mężczyzna, opadłszy z sił został powieszony na swym własnym pasku od spodni. Ciała wszystkich zamordowanych mężczyzn wrzucono do Radomki, żeby nie zagracać ulic.
Wszystko to, co się wydarzyło, przerasta ludzkie wyobrażenie. Nasi polscy sąsiedzi, z którymi mieszkaliśmy razem w dom przy domu, sklep przy sklepie, z którymi ciągle spotykaliśmy się, dziś byli nie do poznania. Stali, patrzyli i nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Inżynier Półrola, notariusz Paradowski, Żyd Michalak, nauczyciel Walczak i Helka Cebulka – miejscowa prostytutka. Wszyscy ci ludzie byli zszokowani tymi wydarzeniami. Po tych okrucieństwach dwie z wymienionych osób zniknęły. Podobno gdzieś wyjechały. Nikt już ich nigdy nie widział.
Niemcy przykładali szczególną uwagę do tego, aby jak najbardziej „uprzyjemnić” życie Żydom. Wiele razy wieczorami słychać było jęki dochodzące z getta. Często słychać było strzelaninę i wrzaski dręczonych ludzi. Tej nocy właśnie, dwóch desperatów, którzy już nie mogli tego wszystkiego słuchać odebrało sobie życie. To był Szlomo Glicksman i Szymon Jurgurski.
X X X
Opuszczamy na chwilę relację Miriam.
Kiedy przeszły już dwa pierwsze tygodnie września, odetchnąłem z ulgą, że mam to już za sobą – tłumaczy Miński. Ciągle pracowałem w City Hall i ciągle wracałem z pracy jak zwykle. Spokojnie było do czasu, kiedy to pojawił się tam pan Rotter – komendant straży niemieckiej. Pierwsze o co się zapytał to, kto mówi po angielsku. Nie wiedziałem wcale co mam powiedzieć. W końcu rzekłem: „Ja mogę być pana tłumaczem”. Spojrzał na mnie i zapytał. „Ty jesteś Żydem?” „Tak” – odpowiedziałem. Komendant wyszedł z majorem poza budynek, długo rozmawiali. W końcu major zwrócił się do mnie: „Przykro mi, ale ty musisz opuścić City Hall. Wiesz bardzo dobrze dlaczego. Już tutaj nie możesz pracować. Ale obiecuję ci, że jeżeli to wszystko się skończy, to będziesz mógł wrócić do pracy”. Rozmawiał o mnie podobno z panem Kwaśniewskim i doszli razem do wniosku, że nie będę mógł obecnie pracować w City Hall. Stąd też, kiedy na koniec podałem rękę Kwaśniewskiemu i spojrzałem w jego oczy, wiedziałem, że to jest mój ostatni dzień w tej firmie.
Dziesiątego, a później trzydziestego pierwszego października wszystkich młodych Żydów, w wieku 15 – 16 lat zarejestrowano, a później rozstrzelano i pochowano bez żadnych imion, dat, profesji. Ślad po nich zaginął. Niemcy podzielili Żydów na trzy grupy. Uszyli trzykolorowe łatki: purpurowe, czerwone i żółte. Na nich wyszyli wielką literę J.
Łatki purpurowe nosiła żydowska inteligencja: lekarze, dentyści, prawnicy. Oni pracowali tylko wtedy, kiedy była taka potrzeba. Czerwone łatki nosiła klasa żydowska średnia, tacy którzy musieli pracować tylko trzy dni w tygodniu. Reszta nosiła żółte łatki, to była klasa żydowska najniższa, która musiała pracować siedem dni w tygodniu.
7 listopada znów nastąpiły grupowe aresztowania. Niemcy wpadli na pomysł, że jeżeli aresztowany zapłaci 50 tysięcy złotych, to go wypuszczą na 24 godziny. Jeżeli będzie przynosił codziennie owe 50 tys. zł., to w ogóle nie będzie siedział w areszcie. Kto tylko wyszedł, a miał pieniądze, płacił też kaucję za innych.
9 listopada, Żydzi z żółtymi łatkami byli wzięci do różnych zwariowanych prac, na przykład mieli czyścić pistolety i naboje, posprzątać ruiny, umyć zakrwawione biura i ulice, a nad porządkiem czuwała czarna policja niemiecka.
Niemcy chcieli, aby drogi a także pomieszczenia, w których się znajdowali lśniły czystością.
(c.d.n.)