Do życia potrzebuję: siedem ważnych książek, ocieplenia klimatu i... kawy latte.. Kolejność dowolna.
Uliczny hałas przerywa moje rozmyślania. A taki miły korek się zapowiadał.
Patrzę w lusterko. Poirytowany wąsacz wściekle trąbi. Narwaniec jeden.
Nie ma co się tak rzucać, proszę pana. Jak uda się ruszyć o pól milimetra, to już będzie niezły wyczyn. A na razie w ramach ćwiczeń relaksacyjno – odstresowujących można na przykład powtórzyć łacinę... i odmienić sobie czasownik esse: sum, es, est, sumus... Dalej nie pamiętam.
Może posłucham radia.
Zły pomysł. Bardzo znany zespół, jakiś tam, wyje na potęgę.
W takim razie posiedzę sobie w ciszy i poobserwuję. Zajęcie zajmujące i odkrywcze.
Z prawej strony nic się nie dzieje. Jakiś jamnik próbuje wyprowadzić dresiarza na spacer. Wyrywa się do przodu, szamocze, jednak ponosi klęskę.
Przerzucam wzrok na drugą stronę. Tu już trochę lepiej. Przyczynowo- skutkowy ciąg zdarzeń kończy się taplaniem w kałuży. Czyli dziecko plus babcia plus resztka wody na chodniku. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że do malucha dołączyła babcia! To się nazywa mieć dobry kontakt z dzieckiem.
Za chwilę coś mnie trafi!
Może tak zielone?
Udzieliło mi się to nerwowe oczekiwanie. Zawieszam wzrok aż po horyzont i ku mojemu zadziwieniu, dostrzegam, że zamiast czerwonego, dyskretnie pali się różowe!
A może to jest celowe. Że przy Urzędzie Miasta.* Może ma skłaniać do refleksji. Sygnalizować.
Że świat na różowo. No przynajmniej w Radomsku...
Czyżby ocieplenie klimatu?...
* dla czepiających się - tak, wiem, że Piastowska należy do Starostwa, ale ta bliskość UM jest tutaj zabiegiem metaforycznym, bo to felieton, a nie artykuł informacyjny