NIE MOŻE BYĆ WIERNEJ HISTORII RADOMSKA BEZ HISTORII RADOMSZCZAŃSKICH ŻYDÓW
Inspiracją napisania książki „Dzieci mgły i nieba” był pamiętnik Miriam Chaszczewacki napisany w Polsce. Można po niego sięgnąć w archiwum instytutu YAD VASHEN pod numerem 3380. Zapiski swoje radomszczańska, piętnastoletnia Żydówka rozpoczęła tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej. Obejmuje czas tuż przed wrześniem 1939 roku do października 1942 i przedstawia życie społeczności żydowskiej niewielkiego, polskiego miasta Radomska.
Dokładnie 9 października 1942 roku z tego miasta deportowano do Obozu Koncentracyjnego w Treblince 10 tysięcy Żydów. Tam zostali zgładzeni. Tam zginęła wówczas pełnoletnia Miriam.
Ów pamiętnik otwiera książkę „Dzieci mgły i nieba”. Jest to dokument stworzony na podstawie opowiadań, listów, zapisków i pamiętników ludzi, którym udało się przeżyć okropności wojny. Większość z nich znała także Miriam. Pamiętnik młodej Żydówki z Radomska, jak rzadko który dokument jest ważnym. Wszelkie zapiski i na ich podstawie odtworzone wydarzenia z lat okupacji świadczą, o życiu małego radomszczańskiego getta, gdzie w cichej, często tajemniczej śmierci zginęło tysiące ludzi. Tym co zginęli należy się pamięć i szacunek. Chciałabym, aby ta książka była epitafium dla anonimowej śmierci.
Moi rodzice żyli w początkach XX wieku. Pracowali jako nauczyciele w dziennej żydowskiej szkole. To nie byli tylko nauczyciele. To byli również wychowawcy, doradcy i przyjaciele tych, których nauczali, cieszący się pełnym zaufaniem oraz miłością wychowanków a także ich rodziców.
Czterdzieści lat później szukali się w Wielkiej Brytanii, w USA i w Izraelu. Również ja poszukiwałam starych więzi, przyjaźni, znajomości. Ludzie byli dla mnie bardzo otwarci. Ofiarowali mi fotografie, pamiętniki swoje a także zmarłych przyjaciół. Ekscytowały mnie te dokumenty, bo cóż mogłam z tamtych lat zapamiętać jako małe dziecko. Pamiętam natomiast i to dokładnie ludzi, ich tragedie, miejsca pobytu i zamieszkania.
Wyraźnie, jak żywe jawią mi się obrazy Radomska.
- To było wszystko chyba wczoraj – myślałam, gdy spisywałam pamiętniki do „Dzieci mgły i nieba”.
W tworzeniu tej książki pomagali mi moi najlepsi przyjaciele: Joachim i Helena. To najmilsi ludzie w naszym mieście. To właśnie im jestem ogromnie wdzięczna za czas, który mi poświęcili w trakcie pisania historii o radomszczańskich Żydach.
Gorąco dziękuję także Jaelowi i Karolowi Grossmanom z Tel Awiwu za ich gościnę w swoim domu oraz udzielenie mi pomocy. Również Izio Golda z Tel Awiwu ma niezaprzeczalne zasługi przy przygotowywaniu tej książki, zwłaszcza przy opisywaniu fotografii.
Rabin, dr Dawid Szermanow z Cape Town w sposób konstruktywny poddał krytyce książkę i za to również jestem mu wdzięczna, jak i profesorowi Alfredowi Gottschalkowi z Sinsinati, który na co dzień wspierał mnie podczas jej pisania..
Specjalne podziękowania kieruję do pani Marii Filips z Cape Town, która jako pierwsza wprowadziła mnie w niełatwy świat tworzenia i publikowania. Chylę też głowę przed panem Jackiem Marksem, Dolfem Grande i Henrym Rosenbaumem z Cape Town, bez których książka ta, nie osiągnęłaby z punktu widzenia technicznego, należytego poziomu.
Cape Town, lipiec 1991 rok.
STEFANIA HEILBRUNN
To będzie historia miasta i dziewczyny. Miasta, jak setki innych. Dziewczyny, jak tysiące takich. Ale ani to miasto, ani ta dziewczyna nie będą nigdy już takie same.
Radomsko to miasto łatwe do odnalezienia na mapie Polski. Położone jest w połowie drogi między Warszawą a Krakowem. Ma sporo mieszkańców, firm, dwa kina, szkoły. Ale my nie zatrzymamy się w tym miejscu tu i teraz, bo dla nas dzisiejsze Radomsko nie ma znaczenia. Nasze Radomsko to nasza przeszłość, bo jest ono w naszych sercach.
Radomsko – miasto, jak setki innych miast... Może i tak, ale nie dla nas. Nam było domem. Dom, niby proste słowo, znaczy – poukładany świat, miejsce, gdzie spotykaliśmy wiele znajomych twarzy. Podawaliśmy sobie ręce. Miejsce, gdzie była mamusia i tatuś i dziadek, który każdy wolny czas spędzał w Wielkiej Synagodze, modląc się z ojcem o powodzenie dla naszej rodziny. Miejsce, gdzie w ciągu trzech lat zmieniło się całe życie mojej rodziny. Inni ludzie, inne twarze. Czasem są nie do poznania, szczególnie wtedy, gdy nakazują iść do wagonu dla koni i przekonywująco tłumaczą, że odzyskasz wolność i będziesz żyła. Ty zaś wiesz, że czeka cię długa droga, ciemne bez świateł wagony i że to nie jest miejsce na spełnienie twych marzeń.
X X X
To miasto leży zaledwie kilka kilometrów od rzeki Warty. Nie leży więc nad morzem czy oceanem, ale dużo tu zieleni, jest park, dużo drzew przy drogach, kolejka. Pogoda taka sama, czy to na południowej czy na północnej stronie miasta, a między jego krańcami niewielka odległość.
Nie jest to duże miasto. Chyba 30 tysięcy mieszkańców je zamieszkuje. Jak każde musi posiadać ogromny sklep i wiele drobnych. Życie płynie w nim spokojnie a ludzie zgodni są z naturą i funkcjonują jak następujące po sobie pory roku. Wiosna budzi do życia. Idziesz ulicami tego miasta i kogo nie zapytasz, gdzie jest ulica Legionów – każdy prawidłowo wskaże. Albo bezbłędnie skierują cię do kamienicy pana Winters. Wszyscy z radością i uśmiechem poinformują cię o wszystkim. Wiosną jest wesoło, a nawet zwariowanie.
A latem? Latem każdy cieszy się wszystkim wokół. I dzień i noc to czas westchnień, melancholii. Gdy jednak zbliża się druga połowa lata ludzie stają się bardziej niecierpliwi, a nawet poddenerwowani, przestają się uśmiechać.
Dni jesienne to czas deszczowy, ponury. Ulice pustoszeją. Dzieci chodzą do szkoły. Radość znika. Jedynie zbiory owoców po upalnym lecie należą do udanych.
Zimowe wieczory nie są już miłe. Różowe twarze przemarzniętych dzieci to dosyć częsty widok. Dopiero padający śnieg przynosi radość. Zaczynają się saneczkowe i narciarskie zabawy.
Ale obojętnie jaka byłaby to pora roku jeżeli w naszych domach jest ciepło, a szczególnie to płynące z serc, to już nic innego się nie liczy.
X X X
Powolutku, jadąc pociągiem, można dojrzeć liczne gospodarstwa rolne, zakłady pracy, biura turystyczne. Jadąc z Warszawy w kierunku Krakowa właściwie co 6 sekund można zobaczyć coś interesującego. Nie wyjeżdżajmy z naszego Radomska, bo po co. Jeśli już musimy to zanim opuścimy dworzec zatrzymajmy się, choć na chwilę przed pomnikiem autora „Chłopów” Władysława Reymonta. Potem przemieśćmy się do pobliskich, miłych wiosek, jak Orzechów czy Strzałków...
Kiedy tylko wspominam tamte czasy zawsze przychodzi mi na myśl Aleja Kościuszki. To taka aleja nakryta parasolami z gałęzi drzew. Chłodna, bo chłód z ich cienia, ale jaka atrakcyjna. Tylko małe figurki, brak przemysłu, a na ulicy kilka bryczek. A do tego spokojny klimat, jakby specjalnie dla reżysera filmowego stworzony, wyjęty z reszty świata. Spokój i ciszę tworzą spacerowicze.
Na rogu tej ulicy mieszka Marek Rozenbaum ze swoim ojcem Romanem. A naprzeciw nich małżeństwo Teofilii i Józefa Gil. Józef jest Żydem. Każdy go zna w tym mieście i rozpoznaje po potwornym motocyklu – Atonement day. Teofila to kobieta o twarzy Matki Boskiej – długie blond włosy i ciemno - niebieskie oczy. Chyba najpiękniejsza kobieta w mieście. Na pewno – najpiękniejsza.
I dalej podążając w głąb ulicy dochodzimy do salonu fryzjerskiego pana Stanisława (Staśka dla swoich), który ma tak sprawne ręce, że strzyże i nakłada pomadki, jak wybitny artysta. Najbardziej lubi damskie fryzury. W piątek najwięcej u niego kobiet żydowskich, w sobotę katolickich. Wszyscy wiedzą, a jeżeli nie wszyscy to prawie wszyscy, że damy Radomska niezależnie od tego, czy brunetki, czy blondynki, czy rude z przymrużeniem oka traktują umizgi pana Staśka, ale żadne nie rezygnują z jego usług.
Idąc w prawo od Kościuszki dochodzimy do Narutowicza a tam zaraz księgarnia Nowickiego. Kościół po prawej, hala miejska handlowa po lewej i stary sklep na przeciwko.
To jest miasto naszych ojców, z kwiatami, z drzewami a na nich mnóstwo ptaków. Narutowicza, Przedborska, Reymonta do Krakowskiej i Częstochowskiej, potem dalej na wschód ulica Strzałkowska.
Stary nasz sklep jest sercem miasta. Tu można zapytać o wszystko. Tam naprawdę jest nowoczesna obsługa. To w nim życie potrafi zatrzymać się na jakiś czas, jakby zegar w naszych głowach zatrzymał się na minutę. Zimą nawet w tym starym sklepie życie płynie wolniej.
Takie gwarne ulice jak: Dykiermana, Szytenberga, Rydza, Przedborska, Krakowska, Legionów, Kaliska, Sabatowskiego, Reymonta cichną i pustoszeją. Ludzie mieszkają różnie. Jedni w centrum, inni na peryferiach. A nad spokojem miasta czuwa policja.
Dzieci w zależności od miejsca zamieszkania chodzą do różnych szkół. Najbardziej słynna to stare gimnazjum panny Ludwiki Waisztraub. Na Przedborskiej żyje się szybko, bo mieszkają tu trudniący się różnymi zawodami ludzie. Mają czas dla siebie, przede wszystkim w niedziele. To właśnie po nabożeństwach kościelnych umawiają się na różne spotkania.
Tak, na przeciwko kościoła głównego znajduje się maleńka Synagoga. Dalej w dół ulicy – jubiler, koło niego sklep muzyczny, a na „górce” apteka i to właściwie cała ulica Przedborska. Dalej słynny „Dom Murzyna”. Żyje w naszej społeczności niewielka liczba czarnych, nie przeszkadzają oni nikomu. Niedaleko Biznesmens Bank, należący do pana Grossmana. Schodzimy w kierunku południowym do Krakowskiej. Przy niej sklep pana Landausa, handlującego w zasadzie tylko produktami koszernymi. Sklep specjalizuje się w świeżym maśle i serze. Jeżeli trafi się na żonę pana Landausa lub jego córkę można od nich usłyszeć interesującą historię powstania tego sklepu.
Właściwie w Radomsku nie ma takiej ulicy, która nie miałaby jakiegoś ważnego miejsca, obiektu. Na Częstochowskiej pod numerem 6, mieszka słynny lekarz Leopold Kleiner. Naprzeciw jego drzwi zamieszkuje Miriam Chaszczewacki z rodzicami i maleńkim bratem Nachumem. To śliczny chłopiec o delikatnej cerze, włosach ciemnoblond i błękitnych oczach.
Gwarno tu, zwłaszcza we wtorki, kiedy do Radomska zjeżdżają zewsząd ludzie na rynek. A na targu: konie, świnie, kurczaki, gęsi i inny inwentarz.
W zachodniej części miasta znajdują się sklepy dla zwierząt. Można w nich kupić uprząż dla konia, bat furmański i inne. Ale wracajmy na Reymonta – ulicę biznesu. Tutaj są urzędy, firmy, a eleganckie paniusie ze swoimi dziećmi przychodzą, by oglądać światową modę, biżuterię i przyciągające wzrok błyskotki. Między drogimi i luksusowymi sklepami umiejscowił się warzywniak Brodzkiego. Przy sklepie z obuwiem, studia fotograficzne „Emilia” i „Wenus”, sklep z materiałami, delikatesy i księgarnia. Dalej niewielki skwer. W nim to swoją rezydencję zamieszkuje pan Kalicki – rzeźnik, chlubiący się najlepszą szynką w mieście. Kiedy się ją spróbuje zapomina się o mieście. To najlepsza szynka nie tylko w Radomsku, ale i na świecie. W ogóle u Kalickiego można kupić dobre mięso. Na Reymonta jest też herbaciarnia. Od piątej po południu oblegana. Odbywają się w niej dancingi. Właściwie trudno o tym mieście mówić i nie wiem co jeszcze o nim opowiedzieć.
W Radomsku obok siebie żyła społeczność katolicka i żydowska. Spotykali się ze sobą nie często ale żyli razem. Stanowili niepodzielną całość. I to od lat.
Żydzi poraz pierwszy pojawili się w Polsce już w X wieku. Nie akceptowali nigdy religii katolickiej ale to ani im, ani wyznawcom Kościoła Katolickiego nie przeszkadzało. I jedni i drudzy mieli swoich wykładowców prawdy o Bogu. Żydzi nigdy nie zapomnieli o swoim Bogu. Potrafili się modlić wszędzie i zawsze. Nawet podczas okupacji w niewielkich gettach oddawali się swoim modłom.
Poznawali polską kulturę, a także udostępniali swoją dla innych. Wielcy poeci jak Julian Tuwim, czy pisarz Juliusz Kleiner byli pochodzenia żydowskiego. To świadczy również o procesach integracyjnych w społeczeństwie żydowskim i polskim jakie następowały. Ogromne rzesze dzieci żydowskich kształciły się w polskich szkołach i przyjaźniły się z polskimi dziećmi. Co z tym procesem integrującym te narody, zrobił czas?
X X X
Prawdziwa, a zatem autentyczna historia Żydów w Polsce związana jest właściwie z historią poszczególnych regionów. Pierwsze wzmianki o społeczności żydowskiej w Polsce pochodzą z 1242roku, a następne 1266. Great Fire publikuje dokumenty z 1624 roku dotyczące społeczeństwa żydowskiego. Ich życie, ich problemy, ich stosunki społeczne i rozwój w dokumentach tych znajdują pełne odzwierciedlenie.
W Radomsku miejscami, które najbardziej przypadły im do gustu było samo miasto, a właściwie jego obrzeża oraz Gidle, Pławno, Rozprza. W Pławnie szczególnie zajmowali się rolnictwem, podobnie jak w Jasieniu, Rżyku, Kłomnicach i Sulmierzycach. Jeden dzień w tygodniu przeznaczali na modlitwę w Synagodze. Do Synagogi w Radomsku początkowo docierało 300 rodzin żydowskich. Przeważnie były to rodziny trudniące się różnym rzemiosłem. Kiedy przybywali święcić dzień święty mieli na tyle czasu, by odwiedzić swego rabina, zasięgnąć u niego porad. Życie płynęło beztrosko.
X X X
Tak Kościół Katolicki, jak i Synagoga Żydowska na trwale zaistniały w mentalności społeczeństwa radomszczańskiego i kraju. Kościół cieszył się pełną sławą, splendorem i ogólnym uznaniem. Synagoga zaś była wyłącznie miejscem żydowskiego Boga i spotkania z nim każdego Żyda, który go celebrował i kochał ponad ludzką siłę, ponad ludzkie możliwości, ponad wszystko.
Oczywistą jest sprawą, że święta i dni świąteczne zarówno w jednej, jak i w drugiej społeczności zasadniczo różniły się od siebie. Kiedy wiosną, na Wielkanoc z samego rana w polskich kościołach dzwoniły dzwony wzywające katolików na rezurekcję, to w żydowskich domach wszyscy jeszcze spali.
W początkach czerwca katolickie stowarzyszenie Corpus Christi ogłaszał z celebrą orientalne idee jednego Boga dla wszystkich jego wyznawców. We wrześniu społeczeństwo żydowskie, a właściwie jego przedstawiciele udawali się do Yomkippur, gdzie modląc się w Synagogach witano nowy rok. Po tych obchodach Żydzi wracali do Polski.
Uważali oni Radomsko jak dobre i przychylne miasto dla nich. Byli przekonani, że zarówno ci mieszkający, jak i ich pokolenia mogą tu żyć nawet przez setki lat. Żyli przecież w harmonii ze wszystkimi, byli tolerancyjni. Kiedy czasem swoim postępowaniem narażali się współmieszkańcom starali się szybko naprawić swoje błędy.
Część Żydów przeżyła okupację, a wcześniej pierwszą wojnę światową. Takim najbardziej zaangażowanym człowiekiem w sprawy miasta był rabin. On to i inni, którzy przeżyli pierwszą wojnę znali i poznawali historię swojego miasta – Radomska. Najpierw nazywało się ono RADOMSKE, później RADOMSK, NOWORADOMSK i wreszcie nazwa, która przetrwała do dzisiaj – RADOMSKO.
X X X
To miasto było dla nas parasolem ochronnym. Czasem w późnych godzinach nocnych patrzyłam w niebo. Nachodziły mnie różne refleksje. Niektóre zapisałam w swojej pamięci na zawsze.
„Przez długi czas patrzyłam na ulice, okna, drzwi, na drzewa i kwiaty. To było dla mnie bardzo ważne. Później, kiedy wojna się już skończyła było mi wszystko jedno. Zniknęły moje kochane ulice, moje drzewa. Wojna pozostawiła tylko rany i krwawiące serca. To pozostało w pamięci, kiedy patrzyłam na zniszczone ulice.”
Tamte, przepiękne ulice odeszły w zapomnienie. Odeszła w zapomnienie też dziewczyna, która już nigdy nie pojawi się żywa. Ale my mamy dla niej jedną ważną wiadomość – jeden ważny przekaz: nigdy jej nie zapomnimy!
My jeszcze pamiętamy nawet ceny niektórych produktów. Cukier kosztował 2 złote, jajko – 24 grosze a za buty trzeba było zapłacić aż pół złotego. Może niektóre zapisy Miriam są naciągnięte, może nie do końca prawdziwe, ale dzięki pamiętnikowi Miriam mamy odtworzone wydarzenia tamtych, ciężkich dni życia Żydów w naszym mieście – w Radomsku.
Będziemy robić wszystko, by prawdę tej dziewczyny poznały inne dziewczyny, wszystkie dzieci i ci, którzy na własne oczy oglądali śmierć, bicie, poniewieranie oraz zastraszenia.
Historia życia Miriam nie jest miłym i sympatycznym opowiadaniem piętnastoletniej dziewczyny. Nie ma też zakończenia, bo Miriam zakończyła swoje życie. Nie da się więc jej dokończyć na przykład jak w bajce, że Miriam żyła długo i szczęśliwie. Ale da się napisać, że to my winniśmy jej pamięć i dlatego chcemy przedstawić prawdziwy dokument tamtych czasów. A więc znów Miriam i jej ostatnie lata dzieciństwa oraz życie bardzo młodej kobiety – Żydówki.
Pamiętnik Miriam (I)
Aller Anfoną is schwer – każdy początek jest trudny. Idea. Gdzie jej początek? Czy w strachu i bombach? Wtedy na ulicach śpiewano piosenki. Jakby nigdy nic. A jednak...
Najlepiej było doprowadzić wszystko do ruiny. To był ten rok, kiedy wybuchła wojna. Ty wiesz! Pierwszą, która powiedziała mi o tym była Irka. Oczywiście mówiła mi to w tajemnicy. Ja też mówiłam jej w tajemnicy, że piękny jest maj i pytałam, czy oby pewna jest tego. Załamywałam ręce i pytałam: Kto?, Przeciw komu?, Dlaczego?, Polska i Niemcy? Nie chciałam rozmawiać o tym, czy ta wojna będzie, czy nie. Bałam się słowa – wojna, chociaż w głębi duszy wierzyłam, że ta wojna nas ominie, że przejdzie gdzieś z boku.
Ale to się działo, nie dawało spokoju. Myślałam wiec głównie o tym kiedy wybuchnie. Nie przeczę, że gazety ostatnimi czasy coraz więcej wspominały o nadchodzącym zagrożeniu. Nie podawały jednak dnia. Data wybuchu konfliktu była traktowana ruchomo. A mnie ona najbardziej interesowała. To powodowało, że coraz częściej myślałam o wybuchu wojny. Zastanawiało mnie jak będą wyglądać miasta, wsie, ogrody, drzewa. Wtedy dochodziłam do wniosku, że byłoby najlepiej, aby mobilizacja rozpoczęła się już w marcu 1939 roku.
X X X
Jest wcześnie. Godzina ósma rano. Muszę pospieszać moją koleżankę Irkę, gdyż jak będzie się tak szykowała to spóźnimy się do szkoły. Do szkoły podążaliśmy jako jedna paczka. Wśród nich byłam ja z Irką. Pani Janowa była bardzo rozgorączkowana. Jej syn poszedł już do wojska w ramach mobilizacji. – Wojna jest nieunikniona – mówiła Janowa, a tato mój twierdził, że Janowa do czasu powrotu jej syna z wojska będzie chodziła w czarnej sukni.
Wszyscy mówią o wojnie. Politycy uspakajają mówiąc, że właściwie to nie może być żadnej wojny. Chciałabym im wierzyć... Wszyscy się uspokoją i będą myśleli tylko o tym, że świeci nad nami piękne słońce, a my szykujemy się do szkoły lub do pracy...
Bardzo uważnie słuchamy wiadomości. Będzie ta wojna, czy też jej nie będzie? Po tym pytaniu zwykle zapada głucha cisza. Sama już nie wiem co jest lepsze, czy konkretna data jej wybuchu, czy to ustawiczne, niepokojące oczekiwanie.
Nie pamiętam, kiedy Niemcy podpisali z Polską pakt o nieagresji i kiedy został oswobodzony Gdańsk, ale pamiętam że dorośli rozmawiali o tym przed zakończeniem roku szkolnego, a więc chyba w czerwcu. Potem nastąpiły błogie wakacje. Nadchodziły one bardzo powoli. Planowałam je w mieście. Ludzie bali się gdziekolwiek wyjeżdżać. Starali się trzymać jak najbliżej domu. W sierpniu jednak wraz z dziewczynami postanowiłam na kilka dni wyjechać. Pojechałyśmy nad rzekę. Tam kąpałyśmy się, biegałyśmy między drzewami, a na boisku sportowym grałyśmy w piłkę. Robiłyśmy, co chciałyśmy.
W końcu któregoś dnia na poważnie zaczęłyśmy planować uroczystość naszej szkolnej przyjaciółki z klasy, Klary. Klara urodziła się 2 września i to właśnie wtedy miało się odbyć jej urodzinowe przyjęcie. Święto naszej Klary stanowiłoby cudowne uwieńczenie wspólnie spędzonych wakacji.
Mobilizacja rozpoczęła się chyba we czwartek. Jeszcze spałam, kiedy obudziło mnie wołanie – Ewa, Ewa! – Kto to jest Ewa?, Kto to może być? – usiłowałam sobie przypomnieć. – Przypomniałam sobie imiona najbliższych sąsiadów. Pamiętam, ale Ewa... Nie wiem... Ale zaraz... To chyba ta młoda mężatka, która mieszka obok nas. Tak. Na pewno ma na imię Ewa. Znów zasypiam.
Ale zaraz słyszę donośny głos Irki: „Już późno, Miriam, mobilizacja. Powiedział mi to mąż pani RS”. Szybko wyskoczyłam z łóżka. Ubrałam się i wraz z Irką popędziłam na ulicę. Tam spotkałyśmy naszych przyjaciół i nieznajomych ludzi. Razem poszliśmy do klubu sportowego. Rozpoczęły się rozmowy o przyszłości, ale najbardziej istotną dla nas, była sprawa przyjęcia urodzinowego Klary!
Patrzymy w niebo. Myślimy co z nami będzie. Spoglądam na twarze moich przyjaciół. Renia modli się w głos. – „Dobry Boże, który chodzisz po niebie, dlaczego zdecydowałeś o tej wojnie, dlaczego okrywasz świat mgłą”? Bezwiednie otwiera książkę „Ogniem i mieczem” Henryka Sienkiewicza i z przerażeniem odszukuje tą przepowiednię, że rok 1939 to rok groźby, strachu i mgły nad ziemią. To ekscytujące, co może zdziałać ludzka wyobraźnia, zwłaszcza w warunkach ekstremalnych. Jest cisza, a potem słyszymy głosy. Nie wiadomo skąd one. A do tego to niebo i dziwne na nim zjawisko – wygląda na to, że z nieba wydobywa się dym.
Słuchamy wiadomości. Niemcy paktują z Rosją. Zachód ogłasza mobilizację. Przecież Polska też miała podpisany pakt z Rosją. Zastanawiamy się, jak faszyzm będzie współdziałał z komunizmem.
To był pierwszy tydzień wojny. Od czwartku do następnego piątku. W pamięci naszej pozostało jedno – te straszne rzeczy, które zdarzyły się wokół nas.
Zastanawiam się głęboko jak by to było, gdyby udało się cofnąć czas. Gdy tak rozmyślam przed oczami stają mi dziewczyny. Idą i śpiewają. Wykrzykują faszystowskie hasła.
My znamy pewną tajemnicę.
Życie nie jest złe dla wszystkich
Nie, życie nie jest złe dla wszystkich
Tylko dla tych, których dotknęła wojna.
Jestem przerażona. Pilnie wsłuchuję się w komunikaty radiowe. Nadawane są każdego ranka, w południe a następnie od czwartej po południu aż po ósmą wieczór. Z nich to wiem o pozycji Niemców i sytuacji Polski. Boję się. Właściwie nie ma takiego kogoś, kto by się nie bał. Nurtowały mnie i moje przyjaciółki różne sprawy. Wszystkie one związane są z wojną i miastem – Radomskiem. Bo wojna tu mnie, moją rodzinę oraz wszystkich dopadła.