Wizyta pierwsza. Wchodzimy do jasnego, ciasnego pokoiku. W pierwszej chwili mam wrażenie, że to pomyłka. Miała tu mieszkać rodzina „w potrzebie”, a ja widzę jeden tapczan (drugi, zawalony materacami i szmatami, uszedł mojej uwagi), niski stolik, na którym leżą karty, i grający na cały regulator telewizor. Za ścianką zaaranżowaną ze starej szafy coś „na kształt kuchni”, a przy telewizorze chudy mężczyzna w sile wieku zajadający śledzie. Pomieszczenie jest tak ciasne, że ja z koleżanką zajmujemy całe wolne miejsce. I tu ma mieszkać rodzina? Gospodarz serdecznie nas przyjmuje, tłumacząc, że córki wyszły z „domu”.
Okazuje się, że mieszkają tutaj w piątkę - cztery nastolatki i on. Dziewczyny rzeczywiście za chwilę wpadają, ale widząc gości, wycofują się na dwór. Zostaje z nami najmłodsza, jedenastoletnia Madzia. Z uśmiechem odpowiada, co by się przydało do szkoły i jaki ma numer buta. Zapisujemy to skrzętnie, choć na zapisanie wszystkich „potrzeb” zabrakłoby nam z całą pewnością papieru. Wysłuchujemy opowieści o chorobie i śmierci matki, o problemach dziewczynek. W końcu trzeba się zbierać, bo mamy następne adresy do sprawdzenia. Nic nie możemy obiecać, a jednak pożegnanie takie serdeczne.
Wizyta druga. Młoda kobieta z prawie rocznym chłopczykiem na ręku zaprasza nas do stołu. Towarzyszy nam dwójka większych - około 10-letnich dzieciaków: chłopiec i dziewczynka. W tym domu można odetchnąć, choć jest tak skromnie. Oczywiście bez kuchni i łazienki, ale też czysto, bez grzyba na ścianach, zapachu tęchnącej podłogi, stosu brudnych materacy. Dzieci mają nawet biurko, przy którym odrabiają lekcje. Uczą się dobrze, są bardzo ciekawe i zadowolone. Tutaj porcja nadziei jest zdecydowanie obfitsza, choć bieda piszczy z każdego skrajnie skromnego sprzętu, ze zmęczonej i wychudzonej twarzy matki. Brakuje ojca, który wieczorami dorabia w magazynie. Nie czekamy na niego, kompletujemy notatki i wychodzimy.
Zderzenie z prawdziwym obliczem biedy, a tej nie brakuje przecież nigdzie, bywa często przeżyciem, którego chce się uniknąć. Lepiej zapomnieć, bo przecież nie sposób zaradzić wszystkiemu, a litość traktujemy jako uczucie niskie, niegodne człowieka. Wygodnie jest pamiętać o biedzie tylko przed świętami czy podczas ogólnopolskich akcji humanitarnych. Chętnie poświęcamy jednak trochę pieniędzy, żeby tylko mieć „czyste sumienie” i prawo do odwracania wzroku.
Znowu więc idą święta, a przed nimi różne formy pomocy potrzebującym nabierają szczególnego wigoru. Często zastanawiam się, czy rację mają ci, którzy tym rozdmuchanym medialnie akcjom przypisują nadmierny pokaz i brak autentyzmu, twierdząc, że niewiele może zmienić jednorazowo zebrana żywność, ubrania czy pieniądze, a pomoc powinna przemieniać życie potrzebującego człowieka. Wówczas paczka makaronu naprawdę nie wystarcza, co najwyżej poprawi nam samopoczucie i uspokoi rozbudzone sumienie. Kościół naucza, że chrześcijanin to ktoś odpowiedzialny za każdego człowieka. To prawda, że nie sposób uratować całego świata. Może jednak warto chociaż spróbować?