Wielki chancho siedział przedemną i patrzył na mnie pustym, nieruchawym
wzrokiem. Nic nie mowił, bo i po co. Pewnie wczoraj by jeszcze coś
powiedzial, ale dzisiaj? Dziś na jego opalonej gębie nie pozostał nawet
grymas protestu. I choc nie myślałem, że go tak szybko spotkam, fajnie
ze jest, bo i pora odpowiednia żeby się z nim wreszcie rozprawić do
końca.
To co ma byc? - pyta dziewczyna o kruczoczarnych włosach. Jego proszę i pokazuję palcem na wielki łeb, jeszcze tamto, tamto i tamto. Pożarłem go bez
wyrzutów sumienia oblizujac się z rozkoszą.
Już od godziny jestem na wielkim mercado – targu. Kolorowy tłum splątany ze
spontanicznymi zapachami, ryczacą muzyką wydobywajacą sie zewsząd i pokrzykiwaniem indian przyprawiaja mnie o przyjemny zawrot glowy.
Niemal na każdym straganie stoi telewizor i choć prawie nikt na niego nie
patrzy odkręcony jest do granic możliwości. Oglądanie telewizji niemal w każdym miejscu, w którym jest jakies gnazdko już dawno weszło do kanonu
poludniowoameykanskiej kultury. Dobrze, że nie ma ich jeszcze na
drzewach, seriale dla papug? Kto wie.
Na targowisku w Otavalo można kupić niemal wszystko, zioła z selvy, ząb rekina, czerwony barwnik Eachote, którym indianie malują twarze i przyprawiaja mięso jak i wysuszoną ludzką glowę wygladajacą jak prawdziwa[wierna kopia]. A może jednak jest prawdziwa, któż to wie.